Mało jest w Polsce miejsc, gdzie można nauczyć się tkactwa od podstaw. Od podstaw, czyli od nauki snucia i zakładania osnowy.

Zdarza się, że muzea czy skanseny proponują zwiedzającym tkanie na warsztacie-eksponacie, jednak to nie to samo. Dokąd się udać? Ze swojej strony mogę z przyjemnością polecić Żelisławski Zapiecek koło Czaplinka, gdzie zasiadłam do krosien poziomych po raz pierwszy. Obszerną relację z kursu znajdziecie na blogu Prząśniczka: Żelisławski Zapiecek.

W zeszłym tygodniu miałam okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez panią Anię Bałdygę w Akademii Łucznica. Poznać osobiście kobietę, która podzieliła się swoją wiedzą z dziesiątkami ludzi przede mną było miłym doświadczeniem.

Wraz z czterema koleżankami zajmowałam się tradycyjnym tkactwem, którego pani Ania nauczyła się od swoich bliskich. Gdy uporałyśmy się z osnową, można było zaczynać tkanie. Pracowałyśmy przede wszystkim nad szmaciakami. Przyda się w tym miejscu zagadka: który z nich jest moim dziełem?

Dzięki temu kursowi stałam się tkaczką z dyplomem i uprawnieniami do prowadzenia własnej pracowni, co jest dużym atutem ośrodka w Łucznicy. Podobny dyplom otrzymuje się po ukończeniu kursu w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie na Mazurach.

Tak się fajnie złożyło, że tkałam sobie razem z Beatą, która też opisała swoje wrażenia z Łucznicy: Matka tka… odcinek 3
A w kolejnym wpisie postaram się przedstawić moje krosna i pozostałe sprzęty.